4 minut czytania
Budowanie relacji, czyli wspólnota wtajemniczonych

Kiedy zaczynałam pracę, onboarding nie miał jeszcze modnej nazwy, a „networking” nie był kompetencją wpisaną w CV. Relacje budowało się prościej. I szybciej. Na papierosie.


Nie w sali konferencyjnej. Nie w Outlooku. Nie na Slacku. Na papierosie.
Wystarczyło wyjść przed budynek. Zmarznąć zimą, spocić się latem, pożyczyć ogień albo zapalniczkę i już było się „kimś z ekipy”. 

Papieros był biletem wstępu do nieformalnego obiegu informacji. Tam dowiadywało się, co naprawdę wydarzyło się na zebraniu. Kto z kim współpracuje. Kto odchodzi. Kto ma nowy pomysł. Kto ma problem.
Jeśli było się nowym, to właśnie tam poznawało się ludzi. Bez slajdów, bez autoprezentacji, bez „opowiedz coś o sobie”. Rozmowa zaczynała się od banalnego: „Masz ogień?” i kończyła na: „Wiesz co, podeślij mi ten materiał, pogadamy jutro”. Papieros skracał dystans. Dawał pretekst. Tworzył wspólnotę wtajemniczonych.


A jeśli szef czy szefowa „nie mieli czasu”? W kalendarzu – zero okienek. W gabinecie – zamknięte drzwi. Ale na papierosie? Tam byli dostępni. Bez asysty, bez formalnej pozy. Można było podejść, zagaić, w trzech minutach wyłożyć sprawę. Czasem więcej załatwiało się w tej nikotynowej przerwie niż w godzinę oficjalnego spotkania.


Czy to było zdrowe? Oczywiście, że nie. Czy było skuteczne w budowaniu relacji i komunikacji? Zaskakująco bardzo.

Papieros był czymś więcej niż używką. Był rytuałem. Pauzą w biegu. Przestrzenią pomiędzy „muszę” a „mogę”. W tej szczelinie rodziły się pomysły, sojusze, czasem przyjaźnie. Tam omawiało się świeżo zakończone zebranie. Tam testowało się nowe koncepcje. Tam bezpiecznie wyrzucało się frustracje.


Potem przyszła moda na zdrowie. I bardzo dobrze. Potem przyszły zakazy. I słusznie. A w końcu przyszła pandemia i zmieniła wszystko.
Przestaliśmy wychodzić razem. Przestaliśmy stać obok siebie. Przestaliśmy mieć te trzy minuty przypadkowej rozmowy. Relacje przeniosły się do kwadracików na ekranie. Spontaniczność została zastąpiona linkiem do spotkania. Nawet kawa, kiedy już wróciliśmy do biur, stała się bardziej zaplanowana niż naturalna.
Dziś mówi się: „Chodź na kawę” lub ... na machę. To nasz nowy papieros. Z pewnością zdrowszy. Ale kawa nie zawsze ma tę samą funkcję. Na kawę umawiamy się częściej intencjonalnie. Papieros był impulsem. Wystarczyło zobaczyć, że ktoś wstaje.

Palenie stało się passé. Albo przeskoczyło na inny etap – podgrzewacze, e-papierosy, dyskretne znikanie na balkon. Już nie ma tej wspólnoty dymu unoszącego się nad firmowym wejściem. Jest większa świadomość zdrowia. I większa samotność w przerwach.

Może więc nie chodzi o papierosa. Może chodzi o pretekst.

O przestrzeń nieformalną. O moment bez agendy. O trzy minuty, w których można powiedzieć: „Słuchaj, mam pomysł” albo „Nie radzę sobie z tym projektem”. O miejsce, gdzie hierarchia na chwilę mięknie.

Dziś musimy te przestrzenie tworzyć świadomie. Wyjść na kawę. Na krótki spacer. Zrobić „bezcelowe” spotkanie bez slajdów. Zostawić w kalendarzu lukę na rozmowę, która nie ma tytułu.


Bo relacje – tak jak kiedyś – wciąż budują się najlepiej w przerwach.


Jak WY radzicie sobie z budowaniem takich relacji w firmach ?