Kto będzie przy nas, gdy zabraknie ludzi?
Przez lata uczyliśmy się samodzielności. Niezależność stała się synonimem sukcesu. Mamy własne mieszkania, kariery, konta, plany. Coraz częściej także samotność.
Statystyki pokazują, że liczba jednoosobowych gospodarstw domowych rośnie, społeczeństwa się starzeją, a więzi rodzinne stają się coraz bardziej rozproszone. Nie jest to ocena, a stwierdzenie tego co dzieje się w rzeczywistości.
Odpowiedzią na samotność w pewnym sensie było i wciąż jest posiadanie zwierząt. I trudno nie doceniać ich roli. Pies potrafi zmotywować do wyjścia z domu. Kot daje poczucie obecności. Oba potrafią wyciszyć emocje lepiej niż niejeden poradnik.
Ale przychodzi moment, w którym potrzebujemy czegoś więcej.
Nie tylko obecności. Potrzebujemy rozmowy. Kogoś, kto zauważy, że od kilku dni brzmi inaczej nasz głos. Kogoś, kto zapyta, dlaczego nie otworzyliśmy okna. Kogoś, kto poda szklankę wody, zadzwoni po pomoc albo po prostu usiądzie obok.
I tu pojawia się pytanie, które jeszcze kilka lat temu brzmiało jak science fiction. Czy przyszłość wsparcia emocjonalnego będzie należeć do ludzi... czy do technologii?
Już dziś powstają roboty społeczne i systemy sztucznej inteligencji, które potrafią prowadzić rozmowę, przypominać o lekach, rozpoznawać oznaki pogarszającego się samopoczucia czy wezwać pomoc. Być może za kilkanaście lat nie będziemy pytać, czy potrafią wspierać emocjonalnie, ale jak dobrze potrafią to robić.
Być może pojawi się też nowy zawód – profesjonalny towarzysz. Człowiek, którego zadaniem nie będzie leczenie ani pielęgnacja, lecz obecność. Rozmowa. Wspólne wypicie herbaty. Spacer. Czas.
To może wydawać się smutne. A może jest po prostu odpowiedzią na zmieniający się świat. Bo największym problemem przyszłości nie będzie brak technologii. Będzie nim brak relacji.
Może więc najcenniejszym zasobem XXI wieku nie będzie czas ani pieniądze. Będzie nim człowiek, który ma czas dla drugiego człowieka.