Przyznajmy to wreszcie szczerze (choć niekoniecznie na najbliższym statusie zespołu): kochamy konferencje i kongresy. Tak, oficjalnie jedziemy tam po „networking”, „wymianę wiedzy” i „insighty rynkowe”, ale gdzieś pod spodem kryje się prawda znacznie bardziej ludzka i zdecydowanie mniej prezentacyjna.
Konferencja zaczyna się od zdania, które w dorosłym życiu brzmi jak zaklęcie wolności: „mam wyjazd służbowy”. I nagle wszystko staje się prostsze. Walizka przestaje być symbolem zmęczenia, a zaczyna być obietnicą zmiany.
Przez dwa dni nikt nie oczekuje, że odbierzesz każdy telefon, a jeśli nawet to przecież zawsze możesz powiedzieć, że „właśnie jesteś między panelami” albo "na panelu". To piękne określenie, które obejmuje równie dobrze salę konferencyjną, co hotelowe lobby późnym wieczorem.
A potem wchodzimy w świat networkingu, który jest jednocześnie jednym z najbardziej wyrafinowanych i najbardziej absurdalnych rytuałów współczesnego biznesu. Rozmawiamy intensywnie, kiwamy głowami z przekonaniem i wypowiadamy zdania, które brzmią jak fragmenty większej strategii, choć często są po prostu elegancką formą „nie mam pojęcia, czym dokładnie się zajmujesz, ale brzmisz interesująco”. Wymieniamy się kontaktami, obiecujemy, że „na pewno się odezwiemy”, i choć statystyka jest bezlitosna, to jednak od czasu do czasu trafia się rozmowa, która zostaje. Jedna. Może dwie. I to wystarcza, żeby uzasadnić cały wyjazd.
Same wystąpienia żyją własnym rytmem. Slajdy zmieniają się szybko, słowa takie jak „transformacja”, „skalowanie” i „innowacja” unoszą się w powietrzu jak dobrze znane refreny. I choć większość treści rozpływa się w pamięci szybciej niż poranna kawa, to nagle pojawia się jedno zdanie, jedna historia, jedno spostrzeżenie, które trafia dokładnie w moment, w którym jesteśmy jako liderzy. Nie zostajemy z listą zadań, raczej z lekkim przesunięciem perspektywy. A to bywa więcej warte.
Najciekawsze rzeczy i tak dzieją się poza sceną. W kuluarach, przy kawie, w kolejce po lunch, w rozmowach zaczynających się od niewinnego „i jak ci się podoba?”. Tam spotykamy ludzi, którzy są zawsze o krok przed wszystkimi, tych, którzy już wszystko sprawdzili i wiedzą, że „to nie działa”, oraz takich, którzy jednym spokojnym zdaniem potrafią podważyć całą naszą pewność. I nagle okazuje się, że to nie prelekcja była najważniejsza, tylko ta rozmowa, której nie było w agendzie.
Jest jeszcze coś, czego nie wpisujemy do raportów po konferencji, a co często okazuje się najcenniejsze. To zmiana kontekstu. Inne miasto, inny rytm dnia, inne tempo myślenia. Problemy, które w biurze wydawały się ciężkie i nieprzesuwalne, tutaj nagle tracą część swojej wagi. Nie dlatego, że znikają, tylko dlatego, że patrzymy na nie z dystansu. A dystans, jak wiadomo, jest jednym z najbardziej niedocenianych narzędzi zarządzania.
Więc czy jeździmy na konferencje tylko po wiedzę i kontakty? Oczywiście, że nie. Jeździmy też po to, żeby na chwilę wyjść z własnej codzienności, złapać oddech i sprawdzić, jak myślą inni. A jeśli przy okazji wracamy z jedną dobrą ideą, kilkoma wartościowymi rozmowami i poczuciem, że widzimy trochę szerzej, to może jednak nie jest to tylko ucieczka.
Może to całkiem dobrze zaplanowana inwestycja, która zaczyna się bardzo niewinnie - od potrzeby zmiany miejsca.