Wyjazd na konferencję często sprzedaje się jako intelektualną przygodę. W praktyce bywa raczej testem wytrzymałości na monotonię, zmęczenie i rozczarowanie. Bo choć idea brzmi szlachetnie, rzeczywistość potrafi skutecznie ostudzić entuzjazm, pierwszy zgrzyt pojawia się już na starcie: czas. Konferencja pożera go bezlitośnie. Kilka dni wyjętych z życia zawodowego i prywatnego, a w zamian często dostajemy treści, które można zmieścić w jednym artykule. W międzyczasie zaległości rosną, maile się piętrzą, a powrót oznacza nadrabianie wszystkiego w przyspieszonym tempie.
Drugi problem to jakość wystąpień. Program wygląda imponująco dopóki nie zacznie się pierwsza sesja. Prelegenci czytający slajdy, przeładowane prezentacje, brak konkretów. Zamiast inspiracji nieustająca walka z opadającymi powiekami. Najgorsze jest to, że trzeba siedzieć i udawać zainteresowanie, bo wyjście w połowie bywa społecznie niezręczne.
Kolejna wada to przeciążenie informacyjne. Nawet jeśli trafimy na coś wartościowego, szybko ginie to w natłoku innych wystąpień. Po trzecim panelu wszystko zaczyna się zlewać w jedną, nieczytelną masę pojęć i wykresów. Mózg przestaje przyswajać, a zaczyna jedynie rejestrować dźwięki.
Nie sposób pominąć zmęczenia fizycznego i psychicznego. Długie godziny siedzenia, kiepskie jedzenie, hałas, ciągła obecność ludzi. Do tego dochodzą „dobrowolne” integracje wieczorne, które w praktyce są obowiązkowe, jeśli nie chce się wypaść z obiegu. Efekt? Niewyspanie i jeszcze mniejsza zdolność skupienia następnego dnia.
Jest też presja społeczna. Networking brzmi dobrze w teorii, ale w praktyce bywa wymuszony i powierzchowny. Rozmowy, które zaczynają się od „czym się zajmujesz?”, a kończą po dwóch minutach niezręcznej ciszy. Zbieranie wizytówek czy kontaktów, które nigdy więcej nie zostaną wykorzystane.
Do tego dochodzi złudzenie produktywności. Człowiek wraca z konferencji z poczuciem, że „coś zrobił”, choć realnie niewiele z tego wynika. Notatki trafiają do folderu „kiedyś przejrzę”, pomysły rozmywają się w codzienności, a zapał znika szybciej niż konferencyjne identyfikatory.
Nie zapominajmy też o kosztach i to nie tylko tych nie tylko finansowych, ale i energetycznych. Nawet jeśli wyjazd jest finansowany, płacimy za niego własną uwagą, czasem i siłami. A bilans bywa wątpliwy.
W efekcie konferencja potrafi przypominać cytrynę, którą ktoś już wcześniej wycisnął. Niby coś z niej jeszcze kapie, ale smak jest głównie kwaśny, a wysiłek niestety nieproporcjonalny do efektu.
