Rita Schultz
14 Feb
14Feb

Luty od lat ma przypisaną łatkę miesiąca z czerwonym akcentem. W witrynach pojawiają się serca, w kawiarniach pięknie migocą świece, w rozmowach pada pytanie: „A wy obchodzicie?”. Jedni wzruszają ramionami, inni rezerwują stolik z wyprzedzeniem, jeszcze inni żartują, że to święto producentów czekolady. Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku.


Owszem, komercyjny wymiar jest widoczny. Trudno go nie zauważyć, skoro nawet bukiet róż ma w lutym wyraźnie wyższą samoocenę cenową. Ale czy sam fakt, że coś da się sprzedać, odbiera temu sens? Przecież sprzedaje się też książki, które wzruszają, i bilety do teatru na spektakl, który potrafi w nas poruszyć najczulsze struny.


Ciekawsze jest to, jak różne pokolenia patrzą na takie okazje. Dla wielu starszych osób uczucia były i są sprawą bardziej prywatną. Okazywaną czynem: naprawioną półką, ugotowaną zupą, cierpliwością w trudnym czasie. Bez fanfar i publicznych deklaracji. Młodsi funkcjonują w świecie, w którym emocje częściej mają formę komunikatu: zdjęcia, posta, relacji. Jedni powiedzą: powierzchowność. Drudzy: otwartość. A może to tylko dwa języki opowiadające o tym samym?


Współczesne społeczeństwo jest szybkie. Czas stał się towarem luksusowym, a uwaga po prostu walutą deficytową. W tym pędzie łatwo uznać, że bliscy „wiedzą przecież, co czujemy”. Problem w tym, że nawet jeśli wiedzą  dobrze jest to czasem usłyszeć.
Bo relacje nie budują się z domysłów, lecz z obecności. Z rozmów, w których ktoś naprawdę słucha, a nie tylko czeka na swoją kolej. Z powtarzalnych, małych gestów, które z czasem tworzą coś większego niż jednorazowy romantyczny zryw. Emocjonalne więzi rodzą się w codzienności: przy wspólnym stole, w drodze do pracy, w chwilach kryzysu, gdy ktoś zostaje, zamiast wyjść.


Więź to nie fajerwerk. To raczej ciepło z kominka, do którego trzeba dorzucać regularnie, nawet jeśli płomień nie jest spektakularny. To zaufanie budowane latami rozmową, konsekwencją, szacunkiem dla różnic.

Szczególnie w relacjach międzypokoleniowych, gdzie spotykają się inne doświadczenia, inne tempo życia, inne definicje bliskości. Tam potrzeba podwójnej cierpliwości i podwójnej ciekawości siebie nawzajem.


Ludzie potrzebują dobrych słów. Potrzebują ciepła, zainteresowania, zwykłego: „Jak się masz, ale tak naprawdę?”. Niezależnie od wieku, statusu czy liczby obserwujących. I może właśnie dlatego każda okazja, która zachęca do okazania uczuć, ma w sobie coś wartościowego.
Nie chodzi o wielkie gesty. Czasem wystarczy wiadomość wysłana bez konkretnego powodu. Czasem telefon do rodzica, który opowie po raz trzeci tę samą historię, a przecież wcale nie chodzi o historię. Czasem spacer bez zerkania w ekran telefonu.
Czy potrzebujemy specjalnej daty, by o tym pamiętać? Może nie. Ale jeśli kalendarz pomaga nam się zatrzymać choć na chwilę, to trudno mieć do niego pretensje.


Najważniejsze, by uczucia nie kończyły się wraz z promocją na czekoladki. Relacje właśnie te partnerskie, przyjacielskie, rodzinne i międzypokoleniowe  buduje się codziennie. Z małych gestów. Z uważności. Z gotowości, by być obok. Bo to właśnie z takich chwil powstaje coś najtrwalszego: poczucie, że nie jesteśmy sami.