W polskich firmach krąży dziś pewna legenda. Nie o smoku wawelskim, nie o Yeti i nawet nie o pracowniku, który sam z siebie aktualizuje Excela. To legenda o Generacji Z.
Według jednych są energetycznymi wampirami. Wchodzą do firmy pełni pytań, oczekiwań i potrzeby sensu, po czym wysysają resztki sił z menedżerów pamiętających jeszcze czasy, gdy odpowiedzią na każde pytanie było: „Bo tak jest”. Według innych są zombie współczesnego świata. Przemieszczają się z telefonem w dłoni, komunikują za pomocą emotikonów i sprawiają wrażenie, jakby bez dostępu do internetu ich system operacyjny przeszedł w tryb awaryjny.
Kto ma rację? Prawdopodobnie obie strony. I żadna jednocześnie.
Pracodawcy często narzekają, że Zetki przychodzą do pracy nie po to, by wykonywać polecenia, lecz by zadawać pytania. Dlaczego mamy codziennie siedzieć w biurze? Dlaczego to spotkanie trwa godzinę, skoro można było wysłać trzy zdania na Teamsie? Dlaczego awans zależy od stażu, a nie od efektów? Po trzecim takim pytaniu wielu menedżerów czuje się dokładnie tak, jak ofiara wampira po ciężkiej nocy.
Ale spójrzmy obiektywnie. Może problem nie polega na tym, że młodzi wysysają energię. Może oni po prostu odkrywają, że część firm od lat działa na organizacyjnych bateriach, które już dawno powinny trafić do recyklingu.
Z drugiej strony trudno nie zauważyć pewnych cech zombie. Kiedy podczas spotkania pięć osób jednocześnie patrzy w telefony, można odnieść wrażenie, że trwa casting do nowej wersji serialu „The Walking Dead: Corporate Edition”. Co ciekawe, po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że wśród tych pięciu osób trzech przedstawicieli Generacji X właśnie sprawdza pocztę, dwóch milenialsów przegląda LinkedIna, a jedyna Zetka notuje ustalenia spotkania. Problem polega więc nie na pokoleniu, lecz na epoce.
Największym błędem biznesu jest dziś traktowanie Generacji Z jak problemu do rozwiązania. To nie problem. To zwiastun zmian. Każde pokolenie w historii było dla poprzedniego trochę przerażające. Hippisi mieli zniszczyć moralność. Pokolenie X miało zabić lojalność wobec firm. Milenialsi mieli rozwalić kapitalizm kawą na wynos ze znanym logo.
Tymczasem prawda jest znacznie mniej dramatyczna. Młodzi po prostu nie wierzą w zasady, które nie mają sensu. Nie imponuje im stanowisko, jeśli nie idzie za nim kompetencja. Nie fascynuje ich poświęcanie życia zawodowego dla firmy, która jutro może ogłosić restrukturyzację.
Brzmi arogancko? A może tak wygląda prawda o współczesnym świecie.
Jaką przyszłość mogą zbudować? Jeśli przejmą od starszych pokoleń doświadczenie, a zachowają własną odwagę kwestionowania schematów, powstanie świat bardziej elastyczny, szybszy i bardziej oparty na kompetencjach niż na hierarchii.
Jeżeli jednak starsi zamkną się w twierdzy pod nazwą „za moich czasów”, a młodzi uznają, że każda trudność jest formą opresji, wszyscy przegramy.

