Zajęcia z asertywności miałam na studiach, na wydziale zarządzania. Wykładowca zaczął od klasyki i narysował na tablicy trzy ludziki. Jeden skulony, drugi z pięściami w górze, a trzeci pośrodku, wyprostowany, z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Uległość, agresja, asertywność.
Potem przyszły ćwiczenia i wtedy zrobiło się ciekawie, bo nikt nie kazał nam odgrywać scenek o pożyczonych notatkach. Przełożony prosił o „drobną korektę” w raporcie finansowym, żeby kwartał wyglądał lepiej, a my odmawialiśmy. Podwładny dowiadywał się od nas, że jego projekt, nad którym siedział pół roku, nie będzie kontynuowany. Ktoś na zebraniu zarządu podważał przy wszystkich nasze kompetencje, a my spokojnie odpowiadaliśmy. Dyrektor przychodził z gotową decyzją o cięciach w budżecie działu i czekał już tylko na podpis.
Niestety wielu osobom szło ciężko i trudno się dziwić, bo to nie były łatwe sytuacje. Przy „dyrektorze” niejeden kolega tracił pewność siebie, a przy „korekcie raportu” sporo osób szukało kompromisu. Może tylko troszkę? Może tylko ten jeden raz?
Mnie te ćwiczenia przychodziły dziwnie łatwo. Raportu nie poprawiłam, a na koniec uprzejmie poprosiłam „przełożonego”, żeby przekazał mi tę prośbę na piśmie. Budżetu broniłam spokojnie, argument po argumencie. Wykładowca przechadzał się między ławkami, przysłuchiwał się, kiwał głową. Przy mnie zatrzymał się trochę dłużej. A potem powiedział do całej sali: „Proszę zobaczyć, pani jest jak wzorzec asertywności”.
Pierwszy raz ktoś mi to powiedział wprost.
Zrobiło mi się bardzo miło. Wzorzec! Jak ten metr z platyny i irydu, który leży w Sèvres pod Paryżem i do którego kiedyś przykładało się wszystkie inne metry. Wyszłam z sali z poczuciem, że tę lekcję mam już odrobioną.
Dopiero po latach dotarło do mnie, że wykładowca miał rację, choć nie w tym sensie, w jakim wtedy myślałam. Wzorzec metra nie służy do codziennego mierzenia. Leży pod kloszem i nikt go nie dotyka. A ja z czasem coraz częściej czułam się właśnie tak. Pod kloszem.
Jest taki typ człowieka, o którym poradniki milczą. Na półkach nie znajdziecie tytułów w rodzaju „Ciszej, proszę. Poradnik dla osób zbyt konkretnych” albo „Niech inni skończą zdanie. Program na 30 dni”.
Większość książek zakłada, że wszyscy jesteśmy nieśmiałymi wróbelkami, które ktoś musi ośmielić, żeby ćwierkały głośniej. A niektórym z nas ten głos od zawsze niesie się trochę za daleko. Kłopot w tym, że w prawdziwym życiu sytuacji z tamtej sali jest jak na lekarstwo. Przełożeni nie co dzień namawiają do fałszowania raportów. Zarząd nie co tydzień podważa czyjeś kompetencje. Za to codziennie jest kolega z innym pomysłem na prezentację, koleżanka, która potrzebuje, żeby ktoś jej wysłuchał, a nie żeby dostała gotową radę oraz upierdliwy sąsiad wiercący ściany w każdą niedzielę rano. A ja do każdej z tych sytuacji podchodziłam tak, jakby chodziło o budżet całego działu. Prezentacja kolegi, zwierzenia koleżanki i wiertarka sąsiada dostawały ode mnie tę samą dawkę stanowczości. Jak samochód, który zna tylko dwa ustawienia: stoję albo sto czterdzieści. Długo uważałam to za zaletę. W końcu sam wykładowca zarządzania mi to potwierdził, z tablicą i ludzikami w tle. Tylko że wokół mnie zrobiło się z czasem trochę ciszej. Ludzie rzadziej pytali mnie o zdanie, bo wiedzieli, że dostaną je w pełnej wersji, z przypisami i bibliografią. Koleżanki opowiadały mi o swoich kłopotach, a ja podsuwałam rozwiązanie w trzech punktach, zanim w ogóle dotarły do tego, co je naprawdę boli. Byłam skuteczna, owszem. Ale skuteczność nie zawsze idzie w parze z bliskością.
Przełom przyszedł bez fanfar. Dobra znajoma, z którą znamy się od lat, powiedziała mi kiedyś przy winie: „Wiesz, czasem chciałabym, żebyś się ze mną po prostu nie zgodziła po cichu”. Zapytałam, co ma na myśli. Wyjaśniła, że chodzi jej o to, żebym czasem zostawiła swoją rację na później. Albo w ogóle ją zostawiła. Całkowicie wymazała. Trochę mnie to zaskoczyło. Jak to? Wiem, że mam rację, a buzię trzymam na kłódkę?
I tak zaczął się mój kurs asertywności od tyłu, którego żaden wydział zarządzania nie ma w programie. Ćwiczenia opisuje się łatwo, a wykonuje się je zaskakująco trudno.
Pierwsze: zanim się odezwę, pytam siebie, czy to w ogóle ma znaczenie. W dziewięciu przypadkach na dziesięć nie ma. Znajoma przekręca nazwę włoskiego miasta? Nic się nie stało. Brat kroi cebulę po swojemu? Świat przetrwa, cebula też.
Drugie: kiedy ktoś robi coś inaczej, niż ja bym zrobiła, nie wtrącam się. Na początku czułam się jak na odwyku od cukru. Pamiętam spotkanie, na którym młodszy kolega prowadził rozmowę z klientem okrężną drogą, z dygresjami, na które sama bym sobie nie pozwoliła. Siedziałam obok i nic nie mówiłam, choć wcale nie było mi łatwo. Spotkanie skończyło się dobrze. A kolega pierwszy raz wyszedł z poczuciem, że to był jego sukces.
Trzecie, najtrudniejsze: godzę się z myślą, że łagodność to nie słabość. Przez lata wierzyłam, że jak odpuszczę, to przegram, a kompromis to tylko elegancka nazwa kapitulacji. Dziś wiem, że siła polega na tym, że się ją ma, a nie na tym, że się jej używa przy każdej okazji. Hamulec w samochodzie nie świadczy o słabym silniku. Świadczy o tym, że kierowca chce bezpiecznie dotrzeć do celu.
Nie zmieniłam się całkiem i chyba dobrze. Gdyby ktoś dziś poprosił mnie o „drobną korektę” w raporcie, usłyszałby dokładnie to samo, co przełożony z tamtych zajęć. Sąsiadowi z wiertarką nadal grzecznie przypominam, że niedziela rano to pora na sen. Ale coraz częściej słucham kogoś do końca. Mówię „może masz rację” i naprawdę w to wierzę. Rozmowa skręca w stronę, której nie zaplanowałam, i nic złego się nie dzieje. Okazało się, że ludzie mają mi do powiedzenia całkiem sporo ciekawych rzeczy. Wystarczyło, że dałam im dojść do słowa.
Gdybym dziś wróciła na tamte zajęcia, poprosiłabym wykładowcę, żeby obok ćwiczeń z odmawiania przełożonym dopisał jeszcze jedno: odpuszczanie sporów, które nie są warte wygranej. I żeby dorysował na tablicy czwartego ludzika. Takiego, który zna słowo „nie”, ale czasem świadomie wybiera „dobra, niech będzie”. Nie ze strachu. Z życzliwości.
Wzorzec, który ktoś wyjmie spod klosza i trochę przytnie, przestaje być wzorcem. Za to wreszcie staje się komuś potrzebny.